Najpierw Agatki.
Zabrałyśmy się za pisanki i mazurki dość późno. W Wielki Piątek wieczorem. Mazurki wyszły tak twarde, że nie można wbić w nie zębów, a pisanki pękały przy próbach usuwania wosku, ale najpierw barwniki nie zamierzały pokrywać skorupek. Nauczka, żeby farbki kupować na targu, a nie w hipku. Śmiałyśmy się, bo co było robić...
pastelowa, łuskowa
pastelowa, oczkowa.
W Wielką Sobotę rano za pisanki wzięła się Kama. Miały być minimalistyczne. W czerni i bieli. Cudny pomysł. Wspaniały!
Pisanki (dosłownie) Kamy:
"(...) mój smak, jestem swoim własnym smakiem, istnieję. Istnieć, otóż to: pić samego siebie nie mając pragnienia. (...)" J. P. Sartre; egzystencjalne jajo znaczy; dzięki, że nie napisała po francusku, bo bym nic, z tego jaja, nie zrozumiała...
hinduska,
konstelacje.
Moje na końcu. Z rozpaczy zrobiłam jajo biało-czerwone z napisem POLSKA na czerwonym tle, ale wyszło tak marne, że nawet go nie sfociłam.
Pięknie, jak starosłowiańskie wyszło za to jajo gotowane w zupce z cebulowych łusek, ze śladami po obwiązaniu sznurkiem.
I dwa jajki flamastrowo-pędzelkowe. Bambusowe, bo jakże by inaczej. I drzewiaste, bo jakże by inaczej :-)).







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz