poniedziałek, 1 kwietnia 2013

znów Wielkanoc!

Nie będę się rozwodzić na temat pogody. Dla mnie najgorzej, że olej opałowy się kończy, a kasy na dolewkę, jak to na przednówku, nie widać. Ale nie ma co marudzić. Czas prezentować tegoroczne pisanki-kraszanki.
 
Najpierw Agatki.
Zabrałyśmy się za pisanki i mazurki dość późno. W Wielki Piątek wieczorem. Mazurki wyszły tak twarde, że nie można wbić w nie zębów, a pisanki pękały przy próbach usuwania wosku, ale najpierw barwniki nie zamierzały pokrywać skorupek. Nauczka, żeby farbki kupować na targu, a nie w hipku. Śmiałyśmy się, bo co było robić...

 pastelowa, łuskowa
pastelowa, oczkowa.

W Wielką Sobotę rano za pisanki wzięła się Kama. Miały być minimalistyczne. W czerni i bieli. Cudny pomysł. Wspaniały!
Pisanki (dosłownie) Kamy:
 "(...) mój smak, jestem swoim własnym smakiem, istnieję. Istnieć, otóż to: pić samego siebie nie mając pragnienia. (...)" J. P. Sartre; egzystencjalne jajo znaczy; dzięki, że nie napisała po francusku, bo bym nic, z tego jaja, nie zrozumiała...
 hinduska,
konstelacje.

Moje na końcu. Z rozpaczy zrobiłam jajo biało-czerwone z napisem POLSKA na czerwonym tle, ale wyszło tak marne, że nawet go nie sfociłam.
Pięknie, jak starosłowiańskie wyszło za to jajo gotowane w zupce z cebulowych łusek, ze śladami po obwiązaniu sznurkiem.
I dwa jajki flamastrowo-pędzelkowe. Bambusowe, bo jakże by inaczej. I drzewiaste, bo jakże by inaczej :-)).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz