-"Na Grochowie mordują" - słyszę często, kiedy
odpowiadam na pytanie gdzie mieszkam. Zwłaszcza warszawiacy od niedawna zwykli
tak mówić z tym większym zapałem im bardziej tu nie byli. Moja rodzina mieszka
na Grochowie od 1937 roku (migracja z Nowego Światu 13). Nawet Niemcy w czasie
okupacji nikogo w okolicy nie zamordowali. Owszem, jest biednie i niezbyt
elegancko, ale atmosfera małego miasteczka, w którym wszyscy się pozdrawiają i
nierzadko, jak my, mieszkają od czasów kamienia łupanego ma swoje przemijające
zalety.
Niespodziewanie w czwartek 18 października roku pańskiego 2012
ulica Osiecka stała się miejscem straceń. Początkowo wszyscy myśleli, że jak co
roku gminka czy przeprowadza higieniczne cięcia klonów. Szybko okazało się, że
higiena sięga korzeni, których nawet karpy zostają wyrwane. "Będzie
inwestycja drogowa" - odpowiedzieli jedzący śniadanie panowie.
Jaka inwestycja drogowa?! Po co? Przy Osieckiej nie każdy nawet
ma samochód. Najwyższy dom ma dwa piętra. Domy, jak się należy, od jezdni są
oddzielone pasem trawniczka, o który lokatorzy lubią dbać. Przejeżdża tędy
jeden samochód na pół godziny. Wysokie klony srebrzyste swoja strzelistością i
delikatnym zarysem gałęzi tworzących ostrołukowe sklepienie, sprawiały, że szło
się tędy jak główną nawą gotyckiej katedry. Ale inwestycja będzie. Padły klony
srebrzyste. Wszystkie. Moja Mama mówi, że miały przynajmniej 60 lat, bo
posadzono je, kiedy była mała. Inwestycja....
Na miejscach po drzewach postawił ktoś znicze. Każdemu
zamordowanemu, staremu, zdrowemu drzewu jeden....
Serce mi pęka....

















