czwartek, 22 grudnia 2011

płyną święta

Chanuka, Yule, Szczodre Gody, Boże Narodzenie...
Trzymajmy się swojej drogi,
trzymajmy się razem
i, celebrując każdy krok,
uważnie i godnie idźmy do przodu

P.S. w kartce udział wzięły: Moja Młodsza Córka, Ściana Pokoju Starszej Córki i Lampa, też PSC, Wycinanka  (mojego autorstwa)

wtorek, 29 listopada 2011

odpowiednia pogoda na szczęście

..."coraz trudniej po schodach, coraz puściej w kredensie, a tu nagle pogoda, taka dobra pogoda, odpowiednia pogoda na szczęście".... napisała kiedyś p. Osiecka. A dziś przedostatni listopada, słońce świeci od tygodnia i gdyby nie to, że kot wlał mi mleko w klawiaturę komputera i przy okazji do telefonu, byłoby doprawdy luxusowo.

niedziela, 27 listopada 2011

siedemdziesiąte

Niedziela. Najpierw wystawa w Muzeum Literatury. O Leonor Fini  i Konstantym Jeleńskim. Uuuuuczta. Kto nie widział ten trąba! I kto nie żyje tak jak oni też. Niestety. Potem, całkiem przypadkiem dokupuję kapelusz w stylu siedemdziesiątych lat, kiedy o różnych pięknych rzeczach mogłam tylko marzyć, bo byłam bardzo małą dziewczynką i bananowa spódnica, wielki kapelusz i koturny zwyczajnie mi nie przysługiwały. Nie było wtedy miniaturek ciuszków dla dzieci, chyba, że ktoś miał zdolną krawiecko babcię albo mamę, które mu (a raczej jej) szyły.

środa, 23 listopada 2011

na zimę

zmarzłam straszliwie. do tego stopnia, ze nabyłam czapeczkę z antenką. czapeczka prowokuje do używania czerwonej, zimowej szminki, która bardzo źle wygląda w procesie odmarzania sinych polików.

wtorek, 22 listopada 2011

Mary Poppins


Dziś Mary Poppins. Jeszcze na przebierańce za wcześnie, ale jakby kto chciał, to służę tym starym, dwudziestoletnim żakiecichem. Jak widać pasuje do każdej stylizacji...

sobota, 19 listopada 2011

inner peace

siedzi sobie blondynka. tuli kota. i ma filiżankę herbaty. a może... czekkkolady?
taak.
IDZIE ZIMA!


z serii marzenia malowane na jedwabiu.

czwartek, 17 listopada 2011

odchodzimy w stronę zimy

Przebrałam się za smutnego wojaka, ale nie Szwejka i wchodzę w nieunikniona zimę. W weekend czeka mnie akcja "liść". Mam nadzieję, że śnieg jeszcze zaczeka....
Do południa nie mogę się pozbierać. Usiłuję malować w szlafroku wczoraj zaczętą pracę. Bardzo jest dziwnie, kiedy ktoś umiera. Jakby ustał nagle dźwięk, do którego byliśmy tak przyzwyczajeni, że trwał niezauważony. Nagle cisza niesamowita i potrzeba bezruchu.

środa, 16 listopada 2011

tak jakoś....


Wyszło na pół dnia niespodziewanie słońce. Jak wiosenne. Jaskrawe, chociaż listopad. Umarła mi Styjna. Dużo różnych refleksji i wspomnień wokół i w głowie. Aż zgasł ekran i wszystko wokoło stało się nieostre. Dziękuję za naukę, jaką dają życia spotykanych po drodze Ludzi. Dziękuję za słońce .

poniedziałek, 14 listopada 2011

Otwarte Ogrody Konstancina







Otwarte Ogrody Konstancina! Co za cudowny festival! Brałam w nich udział już dwa razy. Wspaniały surrealizm obrazów, w moim przypadku malowanych na jedwabiu, pozawieszanych na drzewach, lekko poruszanych wiatrem. Do tego laserunkowe cienie, co chwilę inne, według kaprysów Słońca i drzew. Moje Córki, jak niespodziewane elfy krążą wokół i pomiędzy. Przychodzą zupełnie obcy i mniej obcy ludzie. Zachwycają się. Gubią w naszym lesie. Chciałabym, żeby mój ogród był częściej "otwarty" niż tylko dwa dni w roku. Muszę pomyśleć, jaki byłby wystarczający powód, żeby tak było.

niedziela, 13 listopada 2011

podłoga, czółenka, lato

Od września nie mogę zabrać się do żadnej pracy. Nic mnie nie cieszy. W mojej wyobraźni obrazy pochowały się w cieniu przygnębienia. Ten obrazek to wspomnienie lata w naszym letnim domu w Konstancinie. W szalonym tempie pomalowałam podłogę w pokoju Dziewczynek na żółto i dodałam szablony. Pokój ma wschodnie, ogromne okno, ale nie wpada przez nie słońce, bo blisko rośnie 200 letni świerk. Jest ciemnawo. Ta podłoga wywołuje za każdym razem mój mimowolny uśmiech. Stare dechy, z którymi nie dawało się już nic zrobić dostały nowy anturage i ich radość udziela mi się. 
Tuż przed wyjazdem Kamy na wakacje kupiłyśmy (okazyjnie) czółenka, jak z młodości mojej Mamy. Tylko, że ona miała czerwone. Poniewierały się długo po domu. Na studniówkę pomalowałam je tuszem kreślarskim "Perła" na czarno, a potem, na bal maturalny, pociągnęłam złotolem. Były na każdą okazję aż do końca intensywnego żywota. Zamierzchli producenci nie mieli pojęcia ile zastosowań mogą mieć ich towary. Te nowe pepeżki mają wkładkę dokładnie w odcieniu mojej żółtej podłogi.